Portal Poemax jest prowadzony we współpracy ze stowarzyszeniem Salon Literacki

- No, to pobawimy się w pana Twardowskiego - uśmiecham się szelmowsko zdejmując bluzę. Teraz tiszert. Buty, spodnie, bieliznę. O, jeszcze zegarek.
Golusieńki jak święty ankarski, staję przed lustrem. ,,Kaloryfer", bicki...paker nad pakerów, krótko mówiąc. Aż żal opuszczać takie ciało. Dobrze, że tylko na chwilkę. 
Zabieram się do dzieła. Pierwszy słój: awelenkaktyna. Cuchnie pieruńsko, że aż nos wykręca, w oczy szczypie, cebula - nie cebula, przytęchła oczywiście, warzywo z piekła rodem, zerwane w lucyferycznym ogródku, ale - co zrobić?
Taki już los magika - czarnoksiężnika, że przychodzi wąchać fetory najprzeraźliwsze, mieć do czynienia z kocimi łapkami, bebechów kupą, łajnem kurzym i sobaczym, wrzodami i innym tego typu paskudztwem. 
Ludziska w wiekach dawnych, a ciemnych, jakby prąd za niezapłacony rachunek odcięto, niegramotne i prostoduszne wieśniaterie, kołtunerie, bały się co prawda, żywiły szacunek, pełną lęku, niepobożną cześć w stosunku do magii, ale łączyły ja z brudem tego świata.
Pamiętacie czarownice z bajek? Ładne były? Chwilowo, jak któraś chciała się przypodobać księciu, uwieść podkomorzego, czy innego skarbnika wielkiego koronnego. 
Typowa wiedźma wygląda ma wiedźmi (ależ odkrycie!), babrze się od zmierzchu do świtu w plugawościach najprzeróżniejszych, czaruje, smrodzi, kopci, beka, spluwa w odrażające mikstury. Piękno zarezerwowane było wyłącznie dla błoniastych niewiast, przeczystych jak lilija. Czarodziejka różniła się od czarownicy. 
Dobro to konwalie, motylki i róże, szło - tym, czym się właśnie smaruję.
Okej, teraz jerfazyn, na szczęście mniej cuchnący, bo w proszku. Obsypuję ciało. Gryzący piach przykleja się do włosów, przywiera do fetorskiego balsamu. 
Aherantellum. Nazwa ładna, dźwięczna. Co z tego, jak kryje się za nią wyciąg z łajniacza pospolitego, zmieszany z solą kwirydejską, pływawanem topornym. 
Paskudnej to - to jest konsystencji. Fekalia roślinne. Aż mnie mdli. Najgorzej, że twarz też muszę tym pokryć. Co za makijaż!
Przypominam stracha - już nie na wróble, a na diabły. Sam Belzebub zmykałby gdzie pieprz rośnie zobaczywszy taką personę wyłaniającą się z ciemnego zaułka Piekła.
Helwazzja - gezja - śmieszny, fallokształtny flakon perfum. Opsikuję się od stóp do głów. 
Następny, podobnie zwący się specyfik: miziałki - gełki - we - we - we. Dokładnie tak, kretyńskie we- we - we.
I na koniec, last, but not least- Trrawawerawytol, roztwór wodny 25%. 
Zaciskam powieki i leję na głowę, szczypawca. Podobno bardzo nieprzyjemne uczu... aua! Auć!
Dopełniwszy rytuału, ceremonii, wyglądając jak chodzący zakalec, coś będące zbyt brzydkie, by być gnojem, albo błotem chociaż, patrzę sobie w oczy. Znaczy - odbiciowemu sobie. Niepodobieństwem jest przecież bez lustra spojrzeć samemu sobie w twarz. Całe życie widzimy ,,nas odwrotnych", wypaczonych przez szkło, cudaków jakichś zamienionych stronami, podczas gdy nasz prawdziwy obraz odbierają jedynie oczy zwierząt i innych ludzi. Nam, choćbyśmy nie wiem jak chcieli - nie będzie dane.
No, chyba, ze ktoś swoje zdjęcie odwróci w photoshopie.
Wgapiam się w morelowo - turkusowe tęczówki. Nie pytajcie, skąd wiem o istnieniu takich kolorów. 
I wtem czuję, jak wszystko jest z masła, w maśle i wokół masła. 
Specyfiki wniknęły do krwiobiegu i uderzyły do głowy. Zaczęło się. Puszysty kisiel, jakże wielobarwny i miły w dotyku, otacza moją szpetną fizjonomię. 
Kiwam się niczym pijak - trzypromilowiec. Tak dobrze... I c! - w sam środek lustroprzestrzeni kosmicznej, żeglować w brokatowej toni!
Pan Twardowski - bis zmierza na Księżyc! - chciałoby się radośnie zakrzyknąć, gdyby tylko margarynopodobna farba stubarwna nie wlała się do ust, nie ściekła do gardła.
Natłuszczony porządnie, pokryty ohydnym lubrykantem, płynę przez ocean ukwiałów. Wiem - to mózg praboga, stryjka obecnie nam panującego JHWH. No wiecie - gościa, co to stworzył cały ten bajzel, po czym abdykował. Widuję go czasem, jak siedzi beztrosko, w woderach nad strumykiem, łowi ryby, poluje gołymi rękami na raki i rozwielitki.
Za żądne skarby nie chce wracać na tron, może se pozwolić na labę wiekuistą, a nam, maluczkim - co? Tyranie, poniewierka aż do dnia Sądu. I jeszcze zamartwianie się, człowieku - niebo, czy karcer, bilet wstępu na mecz, czy mandat za złe parkowanie.
Sunę niczym tasiemiec nieuzbrojony w czymś, co bez wątpienia jest ciałem, fragmentem niepojęcie wielkiego ustroju. Albo ustrojstwa, jeśli gdzieś zmontowano już Deusów, co są jak z machiny, bożków na korbkę, cyborgów do stwarzania planet i czyśćców. 
Dają oni trybiki swoim dzieciom - twórcom. Dwa w nagrodę, osiem za karę. Im więcej, tym bardziej będziesz cierpiał w piekle, ostrza kół zębatych zerwą ci skórę, poszatkują mięso i - zanim zdołasz się podgoić - kolejny raz przetoczą się przez ciało. 
I tak całą wieczność, masakrowanie techniką, diabły ze sprężyną w tyłku. 
Płynie mi się lekko, gardziel bestii jest jakby stworzona do tego w niej surfować. Wielka zjeżdżalnia w aquaparku. 
No, ale wszystko co dobre szybko zdycha. Nie mogłem płynąć w  nieskończoność. Cel, jaki obrałem zbliżał się z zawrotną prędkością. Szedłem na czołówkę. 
Przygotowany na twarde zderzenie zacisnąłem zęby. Zaraz przywalę w betonową ścianę!
... a tu - plum!
Tak, zwyczajne plum! - i wkleiłem się w ciało, w które zamierzałem. Przejąłem je. 
Należało do Grześka Rejczyny, największego nieszczęśnika, jakiego tylko można sobie wyobrazić. 
Urodził się z ciężkim porażeniem mózgowym i, biedak, nie chodził, nie mówił, nie słyszał. Zero kontaktu ze światem, tylko te grymasy potworne, drgawki epileptyczne, tylko te przykurcze rąk i nóg. Całe życie leżał jak kłoda, zdany na łaskę matki. Ojciec nie mógł znieść, sytuacja go przerosła i odszedł. Płaci co prawda alimenty, ale marna to pociecha. 
Trzydzieści trzy lata wegetacji, robienia w pieluchy. Jezu...
I oto jestem Grześkiem, przejąłem jego ciało i umysł. Czarodziejska siła sprawia, że poza niejako ożywieniem go, człowiek, w którym się znajduję - zdrowieje fizycznie, natychmiastowo znikają przykurcze, niesprawne od zawsze i nogi rozprostowują się. 
Wstaję, a raczej on wstaje, po raz pierwszy. Jedyny. Ostatni. 
Dźwigam półmartwe dotąd ciało biedaka do pionu. Robię dwa - trzy przysiady by upewnić się, że wszystko działa jak należy, mogę chodzić na bezwładnych dotąd nogach. Skoro mogę - to idę do kuchni. 
Stara Rejczynowa, zgięta w pałąk, rozpala w fajerkach.
- Piękny dziś dzień, mamo, co nie? Chyba nie będzie padać, jak mama myśli? - pytam cudzym głosem. Pożyczony aparat mowy działa po raz pierwszy. 
Kobieta odwraca się ze zmarszczonymi brwiami, miną marsową, jakby chciała opierdzielić obcego mężczyznę, który wlazł z samego rana do jej domu i spytuje z rozumu. Pewnikiem jehowy, albo pomylony. 
- Co tam matula pichcić dobrego będzie? Lasagnę by się zjadło. Chyba nigdy nie próbowałem, a podobno jest dobra. 
- ...Grześ? - kobiecinie wypada z rąk koszyk suchych patyków.
- Słucham? 
Pani Krystyna żegna się.
- Imię Ojca... Grześ - to ty?
- No ja. A kto - prezydent Turkmenistanu? Nastawię se wodę na kawusię. Bez tego nie ma jak zaczynać poranka. Kofeina to najlepsze biopaliwo, he, he - wkładam czajnik pod kran.
- Ty... chodzisz... mówisz?
- A, jakoś tak się polepszyło, to wstałem, myślę - co będę leżał w wyrku w biały dzień. jak jakiś nierób. 
- Boże...
- Jak nie lasagnę, to choć fasolkę po bretońsku niech mama zrobi. Wiem, że przepadam, choć nigdy w ustach nie miałem. Intuicyjnie przeczuwam, że mi posmakuje.
- Andrzej. Andrzeeee! - babina podnosi larum.
- Co, czego się drzesz? - z pokoju wychodzi zaspany, nieogolony mężczyzna. 
- Cud! Grześ nasz chodzi i mówi! Cud! Wymodliłam, tyle lat! Panienka częstochowska wysłuchała... 
- A to co za czort?
- No pięknie mnie ojczym wita. Ja tu wstaję, puszczają okowy choróbska, a ten na mnie prawie bluzga... nie takiego przyjęcia się spodziewałem - zgrywam urażenie. 
- Co za diabeł? Grzesiek, to...
- Ja, ja, to bezapelacyjnie i niezaprzeczalnie ja, we własnej osobie - obracam się na pięcie wokół własnej osi.
- Mówię, gadam, mogę nawet zaśpiewać. W trzech językach: włoskim, rosyjskim, angielskim. Nie wiem, skąd znam, sam z siebie - po prostu mam świadomość, że umiem.
- Cud, kuźwa.
- A ten znów - bluzga. Wstyd. O, taką piosenkę na przykład...
I tu wyśpiewuję wszystko, co znam: od Britney Spears, przez Dead or alive, po R.E.M.
- Żaneta! Żaneta! Chodź- krzyczą oboje ,,rodzice".
Wyłazi, siedemnastoletnia, nadęta jak zawsze i nie ładna jak zawsze.
- Witam siostrę. Dzieńdoberek. Nightswimming deserves a quite night...- ładna balladka, co nie? Znam, licho wie skąd. Przy tobie niczego by się człowiek nie nauczył, tylko techno i rap piłowałaś.
Dziewczyna stoi jak wryta, z otwartymi ustami.
- Co? Nawet cześć mi nie powiesz? Wróciłem z długiej drogi - tu biorę szlacheckie supermocne z kredensu.
- Otwieracz jakiś jest w tym domu? 
- C... co?
- No otwieracz - widzisz, że piwa bym chętnie spróbował. Nigdy w ustach nie miałem. 
- Będziesz ... pił?
- A co - przyglądać się?
- Nie powinieneś, tobie nie wolno - ,,ojczym" usiłuje zabrać mi flaszencję. 
- Nie to nie, równie dobrze może być wino. O, na przykład takie. Berbelucha straszna, ale z braku laku... - biorę taniego jabola (a są drogie? - przelatuje mi przez myśl), odkręcam i pociągam tęgiego grzdyla. 
- Aaach... nawet niegłupie. Idzie pić, choć smak nieco...
- Kurrrwww... 
- No, tylko cicho. Bez takich druga będzie mi tu klęła. Ładne powitanie.
- Wymodliłam, mateńka wysłuchała... Cud! 
- Nie cud, tylko zwyczajnie sobie wstałem. Wielka mi rzecz. Siostra - spieszysz się do szkoły? Nie idź dzisiaj. Brat ci niemalże z grobu wstał, a ty co - będziesz lazła do budy? Wiem! Sandrę przyprowadź. 
-E... - oniemiała dziewczyna ciągle nie może wyjść z szoku.
- No Sandrę, twoją najlepsza kumpelę. San - drę. Pewnie się jeszcze nie wybrała. Jest stosunkowo wcześnie. Leć, leć po nią. Tylko pamiętaj - ani słowa o tym, co tu się stało. Nawet nie próbuj zepsuć...łyk, łyk, łyk.... niespodzianki. No co - cielę na malowane wrota? Zaraz chyba ja będę przeklinał, no nie zdzierżę. Idź po nią! - prawie wypycham laskę z domu. 
- No jak tam - poorane już?
- Cud... - zacięła się płyta pani Krysi.
- Łóżko rehabilitacyjne trzeba będzie sprzedać. Gdyby nam się przelewało to czort z nim, oddałbym do jakiegoś hospicjum, bardziej potrzebującym, a tak - niestety, musowo spieniężyć. Muszę mieć porządną wersalkę, na czymś takim nie mam zamiaru spać już ani jednej nocy. I leki też - sru. Maści - nie maści - po co to? Komu? Ma leżeć? Ja już zdrowy. - odsuwam z płyty kuchennej sagan i wrzucam reklamóweczkę lekarstw do pieca. 
- Won, przeszłe życie. Niech to nawet nie przypomina. Andrzej - masz jakieś nowe slipy? Nie będę przecież chodził w tym durnym pampersie.
- Grzesiu...
- Nie ,,Grzesiu", tylko slipy, bokserki, cokolwiek, byle nowe - na moje nowe życie. 
- Jak to możliwe...
- Nie spytuj z rozumu, daj się w co przebrać, zanim Żaneta wróci.
,,Ojczym" przynosi jakieś prawie nie używane, raz tylko założone majty. 
Palę cały zapas pampersów.
- I nie ma paskudoty! 
- Idę, powiem Aniszewskiej...
- Nigdzie mama nie idzie. Ja dziś mam wychodne. Na zabawę. A co? Pierwsza dyskoteka, a nie jestem już taki podlotek. Co - nie mam prawa? Waga luna, ke inaaaardżeeenti - nucę niby po włosku.
Parę minut, spędzonych na przekonywaniu ,,matki", by nigdzie nie lazła później, w drzwiach staje ,,siostra". Przyprowadziła najlepszą kumpelę - prostolinijną, wulgarną i diabelnie puszczalską Sandrę Ratoń. 
Młode wywłoczątko staje jak wryte. Nie wierzy własnym, wypacykowanym cieniami oczom. Klnie, oczywiście, jak pasierbica szewca, że co jest, ze nie wierzę, że kur... niemożliwe. 
- Sandro droga, wiem, że sytuacja ta jest dla ciebie niecodzienna. Wybacz, proszę, że dotąd musiałaś oglądać mnie w takim, a nie innym stanie, w tak okrutnym poniżeniu. Obiecuję - to się już więcej nie powtórzy. Mam pytanie, z góry przepraszam, jeśli zbyt śmiałe, ale... czy dasz się zaprosić na dzisiejszą dyskotekę? Pójdziesz ze mną?
Wulgarnej prostaczce odejmuje mowę. Nie wie,w  czym uczestniczy - to cud, spektakl teatralny, gdzie aktorami są pacjenci zakładu zamkniętego, najgorszej psychuszki w kraju, czy... co?
- Proszę, to dla mnie ważne. Zgódź się, dla ozdrowieńca chyba tyle możesz zrobić?
,,Matula", nie przestając się żarliwie modlić, ociera łzę, ojczym, choć chłop na schwał, ciągle jest  półskamieniały. Dorosły mężczyzna, niejedno w życiu widział, a tu proszę - zszokowałem go, he, he.
Po krótkich namowach dziewuszysko zgadza się mi towarzyszyć. ,,Matka" nadal ślozuje. W jej oczach to jak przyjęcie oświadczyn! Grześ będzie się żenił! Wnuki Pambucek ześle! 
- Przynieś zgrzewkę piwa. A co, mamy powody! Jest co świętować!
Znów odradzam przeklętej dewocie pójście po kumoszki. Ostatnie, czego mi trzeba, to jęki starych bab, modły i nawoływania do bóstw. 
Jeszcze się namodlicie, jęzory wam zdrętwieją od klepania pacierzy. Będzie okazja, smutna jak pogrzeb, będzie nowa tragedia. Poczekajcie chwileczkę. 
Impreza, choć trudno ja tak nazwać, spotkanie towarzyskie, zaczęło się rozkręcać. 
Przygłuszony alkoholem jąłem opowiadać językiem para - staropolskim, niestworzone historyje, farmazony o zastępach anielskich, edenach, jakie widziałem podczas długich lat nieprzytomności. Oto byłem i jestem święty, naznaczony krzyżem przez Pana. 
Zesłał ducha mego w to umartwione ciało, by dać otuchę, ukojenie i pocieszenie strapionym, zapewnić o miłości bezgranicznej. 
W modłach nie ustawajcie, zarówno za mnie, duszę niebieską, jak i tych, co męki czyśćcowe cierpią. Zostanę już pośród was do końca, do późnej starości, a jeślibym znów w letarg, otępienie jakoweś zapadł - znak to będzie, że Lucyper świadomość mą pazurami żelaznemi wydarł i na samo dno Piekła, w czeluści nieprzebyte zaciągnął. Jeśliby miała miejsce taka sytuacyja - należy tak długo się modlić, aż zły, widząc płacz i lament rodziny, odda - plotłem brednie. Wszyscy słuchali z otwartymi japami, każdziuteńkie słowo było dla nich objawieniem. 
Czegóż ja jeszcze nie naprorokowałem! Widma katastrof, tragedii, zamachów terrorystycznych, dwóch wojen światowych w najbliższym stuleciu, groźba epidemii zarodźca dżumicznego, ponadto - kiła, trąd i zajady. 
Nie pozwoliłem się, rzecz jasna, nagrywać komórką. Uznałem to za zbyteczne, albo i groźne. 
- Po co? Przecież będę z wami zawsze. Nie można, przesłanie jakie niosę nie powinno być spisane, ani zarejestrowane w jakiejkolwiek formie. Ma istnieć jedynie w przekazie ustnym. 
Nikt ze zgromadzonych za stołem nie zauważył, że motam się w zeznaniach, chłonięto moje bajki, niczym słowa ojca Pio, albo papieża. Przecież niepodobna, bym przyniósł światu fałszywe orędzie! Kto jak kto, ale taki ozdrowieniec, cudownie wyratowany z choroby - nie może się mylić!
Od jednego z kumpli Żaneta skombinowała trawkę. Zrobiło się jeszcze weselej, familiarniej.
Rozochocony nieco, zacząłem się przystawiać do Sandry. Puszczalska dziewczyna, o ile można ją tak nazwać, szczerze powiedziawszy bardziej pasują dosadniejsze określenia - nie miała rzecz jasna nic przeciwko. Po ,,aferze filmikowej", kiedy to chłopak sprał ją odkrywszy, że zdradza go i rejestruje to telefonem, po hańbie jeszcze większej, hańbie hańby (czy prostytutka może stracić godność? Oto jest pytanie!) w mojej, jak i okolicznych wsiach była spalona. Taka nie do związków. A teraz napatoczyłem się ja - Grzesiek - niebrzydki człowiek prosto z niebios, eksmitowany anioł. Nic, tylko brać! Wydoić naiwniaka z renty, co do grosika! 
- Będziesz moją dziewczyną? Taką na dobre i na złe, dopóki śmierć nas nie rozłączy? - zapytałem padając na kolana. 
A co, jak teatr - to na całego! Jasełka takie odwalę, że popamiętacie!
- Tak, Grześ, tak... - sapała panna nie najcięższych obyczajów. 
,,Ojczym" postawił dwie żytniówki, więc wszyscy mieli już nieźle w czubie, zważywszy, że dotychczas raczej unikano picia ponad miarę. 
- Krowy trzeba podścielić.
- Co? 
- Krowy. Mamuś siedzi, ty Andrzej - też. Idę rozprostować kości. Dość byłem w pozycji nieruchomej, wystarczy. Chodź, Sandruś, pomożesz mi - mrugam porozumiewawczo.
- A, tak - pomogę...
Wymykamy się, zanim urżnięte towarzycho pokapuje się, co naprawdę miałem na myśli.
- Ale tak... w parnicy? - kręci mordą laska. 
- Będzie w Warszawie. Ale później. Niech no znajdę pracę, wyrwiemy się z tej pipidówki. Kupię co zechcesz - buciki, torebki, luksusowe ciuchy. Załatwię wszystko, wynajmę mieszkanie. Jestem przecież ceniony przez Boga, zabrał mnie do Pałącu Dusz Wybranych...
Rozpinam rozporek. Pijana dziewczyna uśmiecha się. 
- Duży...
- A co - jak cud - to we wszystkich aspektach! Kompleksowo!
- Kocham cię, kocham cię... - kłamię głaszcząc Sandrę po głowie. W finalnym momencie chce przestać, ale dociskam jej tlenioną głowę i kończę. Ileż tego było! Nazbierało się Grzesiowi przez lata posuchy, 
- No nie brzydź się, nie pluj. Tamtego kaleki już nie ma. Zapomnij, co widziałaś. Jestem wersją 2.0, upgrade'owany samoistnie. Kocham cię, kocham - przytulam się do kretynki jedynie po to, by ukradkiem wytrzeć o nią wilgotny członek.
- Będziesz moja. Nie oddam za skarby świata, nikomu. Chcesz do stodoły?
- Nooo, czego nie? Ale może potem. Zostało jeszcze coś do, tfu, dopicia?
No tak, ważniejsza wóda, niż facet. Ależ byłby związek...
Wracamy na ,,salę bankietową". Rejczynowa, pijana jak bela, mamrocze zdrowaćki, czy inne koronki. Różaniec wypadł jej z rąk.
- ...wełeły, a nieśmiertelny.... 
Schylam się - niby po sznureczek świętych koralików. Sięgam ,,mamie" do kieszeni i wyciągam portmonetkę.
- Módl się gorliwie, żarliwie, a gorejąco... - przytulam pseudomatkę i wychodzę. Sandra zakrada się do pokoju, pewnie w podobnym celu - na jumę. Będzie grzebanie w szufladach, znów telefon dostanie nóg. 
Potem , już trzeci raz - ta sama śpiewka, zarzekanie się, że na rany Chrystusa - to nie ona. Pewnie Cyganie górscy zakradli się pod osłoną nocy i zwinęli komórkę. Ona? Koleżanka Żanety miałaby zabierać jedyną komórkę w domu? A Boże broń!
- No zapalże, dziadu cholerny! - nie wytrzymuję i rzucam mięchem.  Leciwy tarpan wydaje z siebie ostatnie tchnienie. 
No, wreszcie! Komu w drogę, temu... kac! Za młodu trzeba używać ile wlezie, czym skorupka do trzydziestki nasiąknie, tym na starość trądzi - jak mawiają żydzi aszkenazyjscy. 
Kto nie był za młodu anarchistą, ten na starość będzie piłsudczykom kury szczać  prowadzać. Wielu rzeczy trzeba popróbować, zanim ogarnie nas wielka grypa, tu i ówdzie nazywana śmiercią. 
Jaką przysługę wyświadczam, jaką zarazem krzywdę, ileż miłosiernego cierpienia zyska przeze mnie i dzięki mnie biedny Grześ, kukłą do tej pory, żyjąca marionetka, serce bijące w kamieniu. Mięso owinięte betonowym płaszczem.
Śpiewam coś po rusku, chyba szlagier zespołu Kino.  Jadę zygzakiem, ale kto by się przejmował - polna droga, zadupie. 
Pod sklepem jak zwykle - gwarno. Twarze te sae co zawsze - nabrzmiałe, przelane, skisłe. Ludzie będący jak trutka na szczury- czerwone ziarno, bimber chrzczony potem. 
Jak ja ich nienawidzę! Motłoch, prostaccy wyznawcy polmosów, lud o głowach zakapslowanych na amen, chłopy - wyszczerbione kufle. 
Hamuję dość gwałtownie. Wszystkie oczy - wiadomo. Milczenie. Urwane rozmowy o pszenżycie, krowie, co zdechła podczas cielenia się i Franku, który już drugi miesiąc siedzi za niezapłacone kolegium,.
Wysiadam i pewnym krokiem idę w ich kierunku.
- Dzień dobry! - rzucam z uśmiechem. Nikt nie odpowiada. W sklepie - tak samo. Ludzie patrzą wilkiem. Hieną. Szakalem. 
Kupuję trzy wina i jedną litrówkę, napomykam coś sklepowej o imieninach wujka Andrzeja. To powinno uciąć domysły, chwilowo pozamykać japy. Kuzyn przyjechał pożyczonym tarpanem. Nikt przecież w zdrowym mężczyźnie nie rozpoznaje Grzesia, nieszczęsnego kaleki, co tylko leży i znosi cierpienia w pokorze. 
,,Chyba za grzechy praojców go tak skarało" - ileż razy słyszałem podobną, kretyńska śpiewkę!
Nieszczęsny młody mężczyzna pokutował za nieokreślone przwewiny antenatów, zbrodnie,c o do których nikt nie miał wątpliwości. Takie fakty zaistniały i basta! 
Głowiono się nawet, który z dziadków, po mieczu, czy po kądzieli, sprowadził na wnuka ową plagę. 
Może Dragański, ojciec Ręczynowej, nawywijał co będąc w partyzantce, zgwałcił jakie niebożątko ledwie od ziemi odrosłe, albo skopcił nie tę chałupę, co trzeba? Lub jego brat, Stach - awanturnik pierwszej wody, może który z chłopów łomot spuścił, zeźlił do tego stopnia, że przeklął ród bojkiego chojraka?
Pradziad, Hieronim, podobno miał swoje za uszami - aż troje nieślubnych dzieci. Czyżby zatem - jeden z bastruków, nie zaznawszy ojcowskiej miłości, rzucił klątwę na jurnego hulakę?
Tak kombinowano, plotkarze gubili się w domysłach, to temu, to innemu przodkowi przypisując winę za fatalny stan Grzesia. A jego po prostu los nie lubił - i tyle w temacie. Nie żądne komplikacje okołoporodowe, opicie się wodami płodowymi, a zwykły pech. Tragiczny. 
Bywa i tak. Fatum przeobrzydliwe. 
Zatrzymuję się w lasku. Paręset metrów od domu, a nie mogę się pokazać. ,,Matula" miała żałosne grosze przy sobie. Wyżłopią wszystko, opoje.
Ech, żeby wystarczyło na więcej trunków...
Pokrzepiwszy się trzema Czarami Knurowa - wracam na chatę. Pijcie, pijcie - mi już wystarczy. 
Podgonimy trochę akcję, libacje są de facto nudne: gadka - szmatka rozpłaszczonych twarzy. Dzienne Polaków rozmowy o polityce, nie wiedząc nic o polityce, o siewniku, bronach i kultywatorze.
Jedynie Sandra - jak zawsze po pijaku - trzymała poziom. Najniższy z możliwych. Idealny. No po prostu dusza towarzystwa.
- Bańdziesz mojo synowo - bełkotał bezzębnie pan Andrzej polewając samogon. Że też miał skitrane takie rzeczy, świętoszek cholerny! Nie zdziwiłbym się, gdyby nie mogąc znieść gehenny przybranego syna, jakiej musiał być świadkiem - po kryjomu si,ę zaprawiał i był już ciężkim alkoholikiem. 
To zwyczajne, takie ludzkie. Czasami inaczej się nie da. 
- Pij, pij, kochanie, póki możesz. Jak będziesz się spodziewać naszego pierwszego dziecka - wiesz - dziewięciomiesięczna abstynencja... - ledwie kontaktując rozpiąłem spodnie dziewczyny. Nie oponowała.
W dół. Ręka w majty. I flaszka. 
- Co ty, kuuuuu....
- Żaneta jakby wyrwała się z głębokiego snu.
- Nico - poję narzeczoną.
- Ej, wyciągaj, głupku - rozbawiona Sandra nie bierze za złe żartu.
Jak pisał poeta ,,na melinie czas wolniej płynie".
Rejczynowa zasnęła w najlepsze, siostra z lubą - też.
- Pół do piątej po południu, kiedy to zleciało? - przyszywany ,,tatuś" spogląda na radziecki zegarek. 
- Krowy wydojone, siadajcie, ojciec . Nie mata jeszcze na podorędziu jakiejbądź flachy? 
- Chu. Wysechło źródełko. A ty, kurde, nie jeździj na bańce. Ledwieś wstał, od rana łazarzujesz, a już złamałżeś prawo. 
- Aniołó do więzienia nie biorą, spoko. Wszystko działa w najlepsze, jak ten sławnost'. Gniotsa, nie łamiotsia - szturcham lubą. Nic, zero reakcji, wygląda, jakby na nią przelazło kalectwo.
- E, idę sam, jak tak - zakładam bluz. Zimno jak w psiarni, a przecież początek lataa. Mam dreszcze pijackie. 
Kurtka.
- Trzymaj się, tatko. Nie biorę tarpana, nie bój się. 
I odchodzę. W las. Nie za daleko, by mnie znaleźli. Zaraz Dębowska będzie gonić krowy. 
Chwieję się. E - ep! Jeszcze pozostaję w cudzym ciele. 
- I raz! Dwa! 
Duch jak w łódce podczas sztormu. 
- Trzy! - napieram całą świadomością. Poszło! Pełznę rakiem, z ust i nozdrzy, z uszu i otworów ciała, o których nie chciałbym głośno mówić, sypią się tryby, śrubki, pełzną lepkie kable.
- Ghhhhaaaah! Bleeeghhh! - wymiotuję swoją maszynową duszą. Blaszane mrówki, żuczki, zarazy pełzakowate, rozkawałkowana dusza włazi w glebę. I głębiej. Tap, tap, tap... i nie ma - przy dróżce leży biedny Grzzesiek, w stanie, w jakim przewegetował całe swoje smutne życie. 
I budzę się, już we własnym ciele. Trzeźwy, niestety. Podczas transferu, skoków nie można zabrać ni promilusia. Największa wada tej magicznej sztuczki.
Biednego syna Rejczynowej znalazła, jak przewidziałem, Anielka Dębowska. 
Ło Jezu, ło Jezu - lamentowała pewnie z e zgrozą i w szoku. 
- Któż cię tu, biedaczyno, wyciągnął w ostępy, na manowce? - załamywała niedomyte ręce. 
Skandal wybuchł nielichy - dwie, albo i trzy gminy, ościenne powiaty dudniły o kalece wyciągniętym, wywiezionym jak niechciane psisko. 
Przyjechała karetka, policja. Posiedziała Rejczynowa z gachem nie pamiętam, jak długo. Napruci jak bele, a syn im uciekł (?). Został porwany (?). Kto wie, co zaszło w owej patologicznej rodzince, na pozór tak porządnej i dbającej o biedaczyska. 
Ileż korowodów było, ile spraw sądowych! Nawet Żanetka była o coś tam podejrzana. 
- Grzeeeś... Grzeeeeś... - Sandra, oprzytomniawszy, nie mogła uwierzyć, iż jej nowy chłopak, ten, który niedawno tak czule pieścił butelką, powrócił do stanu sprzed cudu. 
Po wyjściu na wolność okazało się, że głęboko wierzący, prości ludzie łyknęli moją bajeczkę o porwaniu duszy przez szatana. Ileż to modlitw, różańców, aktów strzelistych zostało wypłakanych, wyjęczanych w intencji powrotu Grzesia do zdrowia! 
Był cud, ale za sprawą Lucypra się cofnął! Czorcie! Oddawaj ducha!
Pielgrzymki na kolanach, leżenie krzyżem w kościele, rwanie sobie włosów z głów, ach - czegóż ci ludzie nie zrobili w swojej naiwności, byleby wyciągnąć syna, pasierba i brata z pazurów czarcich. Śmieszna, zabobonna wiara, średniowieczny kołtun.
Nikt, rzecz jasna, nie uwierzył w historyjkę o nagłym ozdrowieniu Grześka. Mówił, pił z wami, sam poszedł? , co odpowiadano na takie ,,brednie". Mam szczęście - nikt nie przebadał nieszczęśnika na zawartość alkoholu we krwi. 
Mam jednocześnie pecha - to zagmatwałoby sprawę jeszcze bardziej. Pojawiłyby się zarzuty o wlanie na siłę, spojenie osoby ciężko chorej, co mogło zagrozić jej życiu i zdrowiu. 
Nie pomogłyby lamenty, skargi, złorzeczenia- Belzebub pozostał nieugięty, co nieomal pchnęło matkę Grzesia... nie, nie w kierunku myśli samobójczych, nie w objęcia śmierci. 
Ku butelce. Ojczym - jak się domyślacie - zaczął pić jawnie. W trupa, na całego. Niech się dzieje co chce! 
Gospodarstwo - licheńkie, co prawda, ale zawsze - jeszcze bardziej podupadło. Ostatnia chudoba poszła ,,na przelew". I na lekarstwa, pampersy, które znów trzeba było kupić - cały zapas spalił zdrowy Grzesiek. 
Z czasem historia, tak nieprawdopodobna, na granicy niemożliwości, poczęła się zdawać mitem, bajką zasłyszaną na wsi, owocem zbiorowej halucynozy (,,a mówiłam, stary - nie kupuj bimbra!"), I już - już Rzęczynowa z gachem byli na dobrej drodze, by wmówić sobie, że całe zdarzenie im się jedynie przyśniło, wbić sobie do głów, że sytuacja nie miała miejsca, bo i jakim prawem, nie, to absolutnie nie mieści się w głowie; gdybym złośliwie nie wniknął jeszcze raz w biednego Grześka. 
Byłą wówczas święta niedziela, Matki Boskiej Jakieś Tam, Zielnej, Chlewnej, czy Chlebowej. Mało ważne. 
Rozmodlone powietrze. Do tego stopnia, że nawet latające nad garem bigosu muchy składały skrzydełka do ojczenaszowania. 
Dziesięć gromnic u wezgłowia łóżka chorego. Klimat - od czasu mojej ostatniej wizyty - niezmiennie podniosły. Stułę można w powietrzy powiesić i będzie wisiała.
Mielą się ozory, stygnie obiad, kolana wrastają w podłogę. Leżę, jakby nigdy nic. 
Ufff, poszli. Najpierw ,,matka" potem ,,ojczym". Naprani, jakby dopiero co z poprawin wrócili. 
- Żanetka - szepczę najciszej, jak potrafię. Dziewczyna odwraca się zaskoczona. 
- Ćśśś, Chodź, nachyl się.
- Mamo!
 - Cicho. Jezu, chodź bliżej. Chcę ci coś powiedzieć. Słuchaj... ja udaję. Całe życie, od początku do końca udaję to porażenie. To taka forma okrutnej zabawy. Nie wierz w paraliż, przykurcze. Jestem zdrowy jak byk, o! - tu podnoszę jedną ręka szafkę nocną. 
Tylko ty będziesz o tym wiedzieć. Durna stara łyknęła haczyk jak wygłodniały sum. Wiesz, jak bawi mnie, gdy zmieniają pampersy, karmią, podnoszą rzekomo bezwładnego synka? Codzienna, nieustająca komedia. Wiem - są dla mnie tacy dobrzy i kochani. Ale nie mogę, zrozum - nie mogę być inny. Chęć zgrywów przeważa, dominuje w  mym charakterze nad uczuciami synowskimi. Tego nie da się wyleczyć - śmiertelny żartowniś jestem. Zimny drań, co to rechocze w duchu patrząc na ich starania, urabianiu sobie łap po łokcie, dla bezprzytomnej kukły. Widzę, słyszę, rozumiem więcej, niż wy wszyscy razem wzięci. Nie mów nic starej. Idź po Sandrę - muszę jej wyznać prawdę.
- Ty skur.... - tu ,,siostra" nie wytrzymała. Dostałem siarczystego ,,plaskacza". 
- Gnoju, bydlaku, ty bezduszny...
Dalej nie słuchałem. Jeśli jesteś w obcym ciele krótko, do około trzech kwadransów - możesz opuścić je lekko, bez skupiania się, wyrywania siłą woli z głowy innego człowieka, jak wyrywa się chwast z ziemi, kleszcza spod pachy.
Tak właśnie odleciałem - bezboleśnie, nie gubiąc z ust ani jednej śrubki, nie szamocząc się. 
Epilog? Prosty jak sznurek w kieszeni, banalny, jak babina sprzedająca dewocjonalia w Licheniu.
Kramara - tak bym skończył - zdjęciem kobiety, dookoła której wiszą Janowie Pe Dwa, Benedykci Szestaści, Mateńki Jasnogórskie. 
Wszystko zmierzało do finału - stoiska z kiczowatymi pamiątkami. Co przez to rozumiem? Jeszcze większa dewocję matki Grześka, nasilenie się konfliktu między nią a córeczką, która - przekonana, że brat udaje - kategorycznie odmówiła pomocy przy nim. Znienawidziła jak psa. 
Nie było końca wyzwiskom, biciu biednego kaleki. Parę razy nawet został oblany herbatą. Na szczęście nie gorącą.
- On łże, mówię wam, to oszust! Wstawaj, rusz dupsko! - wrzeszczała podobno szarpiąc brata. Ledwie udało się ją obezwładnić. 
Co tu dużo pisać - rozwaliłem familię sąsiadów od środka, dzięki czarom zapanowały w niej nie tyle nawet niesnaski, co zapanowała tam jawna wrogość, nienawiść.
Pandemonium - ja, demon z tej samej wsi jestem panem chaosu. Dzięki mojej magii nienawidzicie się, uwierzyliście w Mefistofila - złodzieja dusz niewinnych. I chlejecie. Butelka i różaniec, kieliszek stojący na Biblii - tak można zobrazować wasze życie. 
Miotacie się, jak zwierzęta w klatkach, pomiędzy kruchtą a gorzelnią, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Bezsilność, złość, chęć zabicia brata - potwora, który przez trzy dekady leci w kulki. 
Nawet prostacką Sandrę cała niewytłumaczalna sprawa dotknęła. 
A miało być tak cukierkowo: Warszawa, wieczna laba, butiki, galerie handlowe... A on leży i udaje chorego, wał. 
Najważniejsze pytanie: czemu tak okrutnie postąpiłem w stosunku do i tak ciężko doświadczonej przez los rodziny? 
Dla jaj. Po to się przecież człowiek uczy czarnej magii, wertuje księgi tajemne sprzed stuleci, grymuary, zaklęciowniki - by porobić sobie śmiechy. Lepszego powodu niż żart - nie może być. On jest siłą napędową, spiritus movens życia. Bez niego jest się złamanym patykiem. 
Albo po prostu taki ze mnie nieczuły skurczysyn. 
Ilość odsłon: 236

Komentarze

styczeń 18, 2018 22:52

Wybrańcem?

styczeń 18, 2018 22:37

Sasza, czy ty czasem zastanawiasz się nad tym, co piszesz?

styczeń 18, 2018 22:32

:) czuj się wybrańcem Florek.

styczeń 18, 2018 22:02

troll

styczeń 18, 2018 21:57

I tak dramatycznie niski poziom tego portalu staje się ... eh, jeszcze niższy? Eh nie jest od achać, jakby co

styczeń 18, 2018 21:55

Jak najbardziej pseudo
Bełkot.

styczeń 18, 2018 21:54

Tak, w dziale disco polo. Ale cóż, jaka nominacja taki portal. Najmniej literacki.

styczeń 18, 2018 21:03

długo się wzbraniałem przez hiper mainstreamowym fejsem, ale co tam :)
https://www.facebook.com/profile.php?id=100017458921171


styczeń 18, 2018 21:00

miałem blogaska. mam kilka kont na portalach - począwszy od poczciwego fejsa, poprzez Truml, skończywszy na nieszufladzie, gdzie mnie wyzywa troll

styczeń 18, 2018 20:48

To chyba trzeba ci człowieka od reklamy i PR ;-) Masz jakąś stronę www?