Portal Poemax jest prowadzony we współpracy ze stowarzyszeniem Salon Literacki

Moja wieś to zapach chleba pieczonego przez babcię Annę w prawdziwym chlebowym piecu.

Już o świcie pojawiała się w izbie ogromna pękata dzieża. W niej powstawał najpierw zaczyn, potem ciasto sobie spokojnie rosło przy piecu.

— Cicho gołąbeczki — szeptem babcia mówiła, kiedy robiło się głośno. — Ciasto nie urośnie w takim gwarze.
Kucałyśmy na progu i w ciszy nasłuchiwałyśmy, jak ono rośnie.
A kiedy już było gotowe, zaczynało się jego obrabianie. Babcine ręce mocno ugniatały ciasto, słychać było strzelające bąbelki powietrza.
— Kiedy ranne wstają Zorze... — śpiewała i zakręcała dłońmi koła w dzieży.

Potem ciasto lądowało na stolnicy podsypanej mąką i wtedy już mogłyśmy formować krągłe bochny. Wyglądały jak Słońca.
Rosły ułożone w rzędzie na stole, by potem na długiej łopacie mogły wjechać do rozbuchanego ciepłem pieca na rozżarzone drzewne węgle.
Chleb siedział w piecu... jak to babcia mówiła.
A my biegłyśmy do ogrodu po warzywa i zioła. Babcia po obróbce ogrodowizny stawiała na płycie kuchennej gar kartoflanki.
Zapach chleba i zupy mieszał się, wydając najpiękniejszy aromat, który wypełniał każdy kąt małej izby.

— Chlebuś gotowy — oznajmiała donośnym głosem.

Po chwili wyjmowała rumiane bochenki z pieca i ostrożnie kładła pojedynczo na lnianej serwecie... niech ostygną — uśmiechała się do nich.
Nareszcie można zajadać. Trzymając bochen pod sercem, kreśliła nożem znak krzyża i przeżegnawszy się, dopiero zaczęła odkrawać kromki. Piętka chrupka i smakowita trafiała do najgrzeczniejszego wnuka.

Na stole w misie stało pulchne masło, ucierane poprzedniego dnia wieczorem w maselnicy. Obok kartoflanka dymiła majerankiem. Wkoło umorusane buzie lipcowym Słońcem mlaskały uroczo.

Do dziś pozostały: zapach i tęsknota za minionym dzieciństwem.

Ilość odsłon: 135

Komentarze

luty 12, 2018 21:42

Kiedyś dla chleba miało się szacunek i był świętością. Pamiętam do dzisiaj, jak byłam prze babcię skróconą, że chleb położyłam brzuchem na stole.
Miło cię gościć. Pozdrawiam

luty 12, 2018 20:15

Pięknie opisane, u nas się piekło chleb z wyłącznie żytniej mąki a bochny były pieczone w brytfannach i nie wolno było jeść ciepłego chleba.
Pozdrawiam

luty 11, 2018 08:41

Alos miło, że zajrzałaś do mnie i dziękuję.
Pozdrawiam

luty 11, 2018 01:54

magia:)

luty 10, 2018 22:41

Pewnie, że jadłam. U babci na kopcu rosła lebioda. Przypominała szpinak taka zupa.:)

luty 10, 2018 22:31

Jak mojemu mężowi pierwszy raz taką ugotowałam to "zwariował":-) i tak mu do dziś zostało :-)
A jadłaś kiedyś zupę z "faćki"? Lebiody :-)

luty 10, 2018 22:30

Dahida pewnie, gdzieś pieką jeszcze w piecu chlebowy taki chleb. Ale obecnie na wsi odchodzą od takich staroci. Podobno im się nie opłaca.
Najlepsza to była piętka takiego chleba, chrupiąca i z masłem.
Miło cię gościć. Pozdrawiam

luty 10, 2018 22:25

Mgiełka, a jednak też kartoflanka. I skwarkami czasem też babcia krasiła.
Pozdrawiam cieplutko

luty 10, 2018 22:00

kurde-:) dał bym głowę czy palec, aby poczuć taki chlebuś- jego zapach w moim nosie - i kęsem móc się posilić -:) gdzieniegdzie -tak sądzę, nadal forma wypiekania chleba w ten sposó jest na czasie... więc uważam że owe dzieciństwo nawet w chwili obecnej nie jest zatracone... Brakuje mi tego zapachu chlebka -:)

Pozdrawiam serdecznie!!

luty 10, 2018 21:27

Uleczko bardzo fajny tekst :-)
W moich stronach też gotowało się kartoflankę kraszoną słoninką:-)