Portal Poemax jest prowadzony we współpracy ze stowarzyszeniem Salon Literacki

Rozumiem, Arab na śmietniku patrzy w moją stronę. Pewnie zauważył, że na niego patrzę. No tak, w całym tłumie uczestniczek konferencji nie ma nikogo, kto by chciał na niego patrzeć, oprócz mnie

Wmieszałem się w jakąś dziwaczną koincydencję, coś w stylu rybaka, który stanął nad brzegiem rzeki, a tu mu nagle ryba wskoczyła sama do kieszeni. Temp widząc moje spojrzenie, o dziwo zamknął się i powędrował za nim wzrokiem. W pewnym momencie, ponad tłumem obojętnych na jego porykiwania uczestniczek, patrzą na siebie cztery głowy. Arab, raz na mnie raz na Tempa. Temp na Araba. Ja na pana w czerni z antenką wystającą z ucha i na Araba. Pan z antenką wystającą z ucha to na Araba to na mnie. Nie wiem, jak to się dzieje, ale nagle moja ręka podnosi się i macham do tego śniadego człowieka. Ten widząc mój gest skrzeczy coś w odpowiedzi do mnie. Bardziej jednak domyślam się jego głosu, niż go słyszę, bo dzieli nas spora odległość. Odkrzykuję również coś, czego tamten chyba nie dosłyszał.

Agent w czerni, który widzi całą scenę jest już pewny na 100%, że Arab na śmietniku i ten w kufajce i z nausznikami, czyli ja, mogą stanowić jeden zgrany team. Coś jak Bonnie and Clyde albo operator odkurzacza i mopa. Jest przekonany, że mam drugą tonę dynamitu pod kurtką. To pewnie przez moją nadmuchaną kufajkę. Spoglądam jeszcze raz ponad tłumem, ale wybuchowy pan gdzieś zniknął. Z odskakujących na boki głów domyślam się, że idzie w naszą stronę. Ponad tłumem pojawia się jego obrośnięta śniada morda. Nagle spomiędzy najbliższych dwóch kobiet wyskakują balasy połączone drutem, a spomiędzy nich z wyskakuje łeb w szaroczarnej czapce z daszkiem i napisem NIKE.

Z kącika ust cieknie mu piana. Druty mocno się rozplątały i zawinęły dookoła nóg. Jego wzrok wyraża teraz najwyższe zdenerwowanie na bezsensowną i czasami trudną do zrozumienia oporną technikę.

 Tak właśnie wygląda twarz smutnego faceta, któremu coś nie wyszło. Był blisko celu i nic. Miał eksplodować, ale zamiast tego nie popłynął prąd tam gdzie trzeba i koniec, flak i wstyd. Coś nie przeskoczyło i nie zaiskrzyło, przedwcześnie rozładowała się bateria. Współczuję mu w tym momencie. Jest mi go naprawdę żal, bo mógł sobie zrobić przedtem kontrolę tego całego swojego obwodu, albo, chociaż poczytać podręczniki do elektrotechniki.

Widać, że za bardzo zawierzył albo Internetowi, albo źle przeczytał instrukcję obsługi zapalnika. Druty kompletnie mu się rozplątały i to, co wystaje mu spod prochowca, wygląda teraz jak leżące na śmietniku, rozprute przez dzieci radio.

Kilka lasek dynamitu dynda mu między nogami, potyka się o nie cały czas, próbując wydostać się z tłumu. Jakieś babsko przydepnęło mu niechcący kabel, potknęło się, poleciało na mnie i syczy teraz wściekle na nas obu. Cicho, do diabła, to nie ja!

Mężczyzna trzyma kurczowo śrubokręt w jednej ręce. Poznaję, to wkrętak Philipsa. Sam mam taki. Otwieram nim greckie puszki z oliwkami, które się nie dają otworzyć w żaden inny sposób, bo urywają się zawleczki. Zaskoczony patrzy na lewo i prawo. Spogląda na mnie. Widzę jak omiata wzrokiem moją czapkę żółwiówkę, moją brudną kufajkę kierowcy i nieogoloną brodę. O tak, nie nadaję się na ofiarę. Jestem tylko takim samym powsinogą z innego rejonu geograficznego, której nie warto robić krzywdy. Jego wzrok pada na Tempa. Jestem pewny, że widzę malutki błysk w jego oczach. Przyskakuje do niego bardzo blisko. O tak, ten pan się nadaje! Wyprasowane na kant spodnie, czarna teczka w ręce. Okularki drucikowe i wypucowana gęba z syfami, które chyba zmieniły wzorek, bo biegną teraz dwoma równymi rzędami wzdłuż nosa. Wygląda to jak oświetlony w nocy pas startowy. Temp cofa się przerażony. Drżą mu usta i próbuje coś mówić cały czas, ale ten nic nie rozumie z tego potoku mowy, nie ma nawet zamiaru go słuchać. W ręce śniadolicego, długi na pół łokcia wkrętak drży niebezpiecznie, po to by, w następnej straszliwej dla Tempa chwili, zanurzyć się w jego brzuchu. Tempowi nie udaje się odskoczyć. Nie ma gdzie. Za nim stoi stand z reklamą balsamu do ciała. Poza tym Arab, może nie jest asem z elektryki, ale jest szybszy. Policjant, który leżał na ziemi, doskakuje do Araba, a ten z atenką w uchu - do mnie i powala mnie na ziemię. Tempowi z paszczy bluzga krew, jak z popsutego kranu sieci wodociągowej.

 Arab trzyma Tempa zębami za nos i widzę, że wpycha mu wkrętak teraz w klatkę piersiową, jak elektryk mocujący się z opornym gniazdkiem w ścianie. Z zaciśniętymi ustami obraca swoje narzędzie mordu to w lewo to w prawo. Na cielistej ładnej kurteczce Tempa pojawia się zygzak krwi i coś żółtego. Po chwili zygzak zamienia się w wielką krwistą tarczę. Obydwoje przewracają się owinięci w druty. Po bruku toczy się groźnie kilka balasów, które nie mają już szans na wybuch. Dalej dzieją się sceny, jak z czasów pierwszych osadników w piekle. Wszyscy biegają w kółko i pokrzykują na siebie. Ja doznaję czegoś, jak po zderzeniu z ciężarówką. Ogromne cielsko policjanta przygniata mnie do ziemi. Gliniarz drze się prosto w moje ucho

- NIC NIE MÓW!!!

 Z trudem łapię powietrze, bo jego masa to trochę za dużo, nawet jak na mnie.

- Ależ ja nic nie mówię - wykrztuszam z siebie.

- Dlatego się zamknij. – Policjant przewraca mnie na brzuch, nakłada mi na ręce kajdanki i mocno spina na plecach. Ściąga mi z głowy czapkę Bułgara, która jakimś cudem nie spadła z  mojej głowy i wpycha ją do moich ust. Fuj. Bułgar chyba jej nie prał od miesiąca. Nie pachnie Lenorem. Wyraźnie smakuje jak frytki i chyba czuję ropę naftową. Może jeszcze zapach dymu tytoniowego.

Ilość odsłon: 35

Komentarze

wrzesień 12, 2018 21:35

Jest przyśpieszenie, jak reakcja łańcuchowa, dzieje się!

wrzesień 12, 2018 20:53

Przeczytałam jednym tchem. Brawo. No - się zaczyna dziać. Tak lubię.