Portal Poemax jest prowadzony we współpracy ze stowarzyszeniem Salon Literacki


Człowieka los: złudzeń wartki nurt,

miłość, gniew, tworzenia czas, lęk, ból.

Kiedy zostaję ze sobą sam,

bo dobry Bóg taki prezent dał,

zasłaniam okna, rygluję drzwi,

choćby tylko na krótką chwilę,

zapominam, że tam Świata zgiełk.


Przymykam wrota przemijania:

zatrzymuję nachalny zegar.

Bez ruchu, niemy, traci swą moc

i pozwala zapomnieć, że czas,

kochanek złowróżbnej otchłani,

pędzący w rydwanie entropii,

zniewala mnie, tłamsi, pozbawia...


Zamykam oczy, patrzę w siebie

i próbuję odnaleźć, bo wiem,

że jest gdzieś, ukryty wśród synaps,

warowny pałac mojego Ja.

Tam me komnaty, biblioteki,

korytarze i kandelabry,

i świece nigdy niepalone.


Jest krzesiwo, iskra, jest światło:

rzędy ksiąg w oszklonych witrynach,

zamknięte ciężkimi kłódkami.

Czytam tytuły -teraz już wiem:

tam prawd zapisano tak wiele.

Szukałem ich długo i wszędzie,

a one tu, w moim pałacu.


Są też komody z szufladami,

wypełnione pękami kluczy.

Który wyjąć ex librisu tom ?

Co pierwszy, co ostatni skrywa?

Które z kart prawd mam zgłębiać teraz,

by odkryć mych dróg prawdziwy cel,

rozwiać miraż pustyni myśli?


To, co wokół, po kres kosmosu,

wszystkim jest, czy lichym półcieniem,

a jego wspaniały archetyp

gdzieś tam, za horyzontem zdarzeń,

a może tuż, obok, w woalu,

który otacza, przenika wskroś,

a dla zmysłów jest niedostępny?


Bez odpowiedzi wiele pytań.

Część mnie, która mi zawsze cierniem,

egoistyczna i nadęta,

teraz jak dziurawiony balon,

spazm sumienia w myśli jak szrapnel,

że minął czas i już nie znajdę

w stosach dzieł, tego co chcę wiedzieć.


Prawdy nie poznam, ale to wiem,

że tkwi we mnie jej paradygmat.

W światłach ramp, w dźwiękach fanfar i trąb,

tłum proroków i doktorów dusz

pisze wciąż erraty ważnych ksiąg.

Czy w zgiełku tym nie zbłądzić w szlak zły

starczy karmie marzeń lepszych dni ?


Pałac mój skrywa wiele komnat,

miejsc dziwnych, tajemniczych, mrocznych.

W głębi, gdzie kandelabrów brak, drzwi,

w skryte cieniu, uchylone w pół

i dziwny tam mrok: mami ciepłem

i jakby niewidzialnym światłem.

Idę tam, chociaż świeca gaśnie.


To strzelista wieża, są w niej schody,

kręte, w niemierzalną w wysokość,

ponad gwiazdy i nieskończoność,

a dziwnym spinem jakby blisko

i patrzę w tę dal, dostrzegam szczyt...

Deja vu? nie, widok we mnie był,

to tam zawsze chciałem iść, tam być.


Ktoś puka w drzwi, zegar ożywa,

świece gasną i pałac znika.

Odsłaniam okna bez pośpiechu,

w ciszę wdziera się gwar ulicy.

We mnie spokój i jasność myśli,

i wiem, gdzie wrócić, i gdzie szukać,

w czym życia sens, jaki życia cel.



Ilość odsłon: 475

Komentarze

Nie znaleziono żadnych komentarzy.