Portal Poemax jest prowadzony we współpracy ze stowarzyszeniem Salon Literacki



   Poniedziałek. Idę pierwszy raz na terapię grupową w ramach dziennego Oddziału Psychiatrycznego.Wczoraj zadzwoniła do mnie pielęgniarka, z informacją, że rusza nowa grupa. Minął rok od ostatniego mojego pobytu, więc zapraszają na powtórzenie terapii.

   A jeszcze niedawno, jedyny dla mnie ratunek doktor widział w Oddziale Leczenia Nerwic. Twierdził, że jedynie tamci specjaliści mogą mi pomóc.I uwierzyłam. I w głowie cały czas mi dźwięczało -jedyny ratunek, jedyny ratunek, to szpital w Międzyrzeczu. Skoro tak, to chciałam tam się znaleźć jak najszybciej. W internecie poszukałam numer telefonu i od razu zadzwoniłam. Okazało się, że terminy są całkiem nieodległe.
Najpierw przeprowadzają rozmowę kwalifikacyjną. Potem jest trzytygodniowy pobyt, polegający na sesjach z psychologami, terapeutami,na rozmowach z lekarzami. I potem decyzja co dalej. A dalej może być terapia grupowa albo indywidualna. Trzymiesięczna, albo półroczna.
O cholera. Pół roku. Kawał czasu. Muszę jechać koniecznie i zobaczyć w jakich warunkach przyszłoby mi ten czas spędzać. Muszę jechać.

   Z dygotem serca wchodziłam na teren szpitala. Moim oczom ukazał się kompleks budynków, bardzo podobnych do szpitala kościańskiego, lecz o wiele bardziej zaniedbanych. Stare budynki, dość daleko od miasta.
Odszukałam ten, w którym mieści się Oddział Leczenia Nerwic i Zaburzeń Osobowości. Porozmawiałam z pacjentami. Wszyscy, o dziwo, byli bardzo zadowoleni z terapii. Mijało pół roku pobytu, a oni twierdzili, że jeszcze chcieliby tutaj zostać.
Personel miły. Pielęgniarka chętnie oprowadziła mnie po oddziale 
i opowiedziała o obowiązujących procedurach. Ogólnie warunki pobytu w oddziale postrzegałam jako średnie. Jedna wspólna łazienka dla kobiet, druga dla mężczyzn. Brak w-c przy pokojach. Trzy natryski. Bardzo przeciętnie warunki, nawet bardziej niż bardzo. Nie wiem jak ja wytrwam w takich warunkach. Ja, ciągle wszystko dezynfekująca i myjąca po pięć razy.
Ale pielęgniarka, wywarła na mnie pozytywne wrażenie. Czyli jest jakiś plus.

   Dzisiaj piątek. Nie idę na terapię do dziennego oddziału. Szamoczę się z myślami. Może zrezygnuję. Jestem zdołowana przebywaniem z dziewczynami, które mają mężów, mają pracę. Zazdroszczę im. Mam wrażenie, że posiadają wszystko, że niczego im nie brak. Czego one tutaj szukają? Ja mam całkowicie inne problemy.

   Leżę w łóżku. Nie mogę powstrzymać się od płaczu. Nie mam siły, żeby wstać. Szlocham w głos.
Boże, czemu mnie to spotyka? Czemu ja tak bardzo muszę tęsknić za kimś bliskim. Przeglądam sms-y od Jakuba. Od pól roku nie spotykam się z nim.
Dzwonił, pisał, prosił o spotkanie. Wiele walki z samą sobą kosztowało mnie to, że odmawiałam. Pisał, że brakuje mu czułości i seksu. Że tęskni za rozmową. Że ze mną zawsze było tak przyjemnie. Do tej pory konsekwentnie odmawiam.

   Po trzech latach spotkań, takich spontanicznych, podczas których byłam gotowa zrobić dla niego wszystko, dopadły mnie straszne lęki. Lęki o to, że przecież on może mnie zarazić jakimś choróbskiem. Bo skoro tak łatwo mu przychodzi zdradzanie żony, to dlaczego nie miałby oprócz mnie, mieć innych kochanek.
Zarzeka się, że nie ma. Że kiedyś dawno, owszem, miał jakąś Darię. Ale teraz jestem tylko ja. Gówniarz cholerny. Tak mnie zauroczył. Mnie, dojrzałą kobietę. Po przejściach. A ja chciałam mu tylko pomóc. Wesprzeć w chorobie.

   W życiu nie myślałam, że po rozpadzie mojego małżeństwa, wejdę w związek z żonatym facetem i to o tyle młodszym. Ale on wiedział doskonale, czego chce. On uwielbia seks. Nawet mu kiedyś powiedziałam, że jego problemy psychiczne, mogą mieć seksualne podłoże. Cholerny, kochany gówniarz, nie miał żadnych zahamowań. Brnął coraz dalej i dalej, a ja miotałam się jak głupia smarkula. Pytałam 
-po co, Jakub, po co ja ci jestem potrzebna?
Masz taką ładną żonę, skup się na niej, kochaj ją, a zobaczysz, że zrobi dla ciebie wszystko. I mówiłam to szczerze. I szczerze mu życzyłam szczęścia w małżeństwie. Chociaż podobał mi się cholernie. Jednak nie oczekiwałam romansu. W ogóle na to nie liczyłam.
Ale on nie potrafił mnie wymazać z życiorysu, mimo, że starałam się naprawdę zapobiec naszemu bliższemu związkowi. I dla niego i dla siebie tego chciałam.
Błagałam, by nie przypominał mi o istnieniu miłości. Bo ja musiałam pięć lat o niej zapominać. A teraz, kiedy nauczyłam się bez niej żyć, moja psychika nie wytrzyma kolejnego rozstania. Nie udźwignę związku polegającego na ciągłej rozłące i na ciągłej tęsknocie. W końcu żaden lekarz, ani żaden lek mi nie pomoże.
Ale ciągnęło nas coś ku sobie. To "coś" czego nie da się wytłumaczyć.
I w końcu nie umiałam mu się oprzeć. Wręcz wyczekiwałam kolejnych spotkań.
Wystarczyła wymiana sms-ów "musimy się zobaczyć" - "musimy". i pędziłam w umówione miejsce, albo on przyjeżdżał do mnie i kochaliśmy się jak szaleni.

   Ale aby nie byłoby zbyt cudownie, popadłam w te cholerne lęki.
W lęki przed chorobą, w lęki przed zarazkami. Zaczęłam odczuwać objawy somatyczne. Głównie świąd skory. Potrafiłam być z Jakubem, a po jego wyjściu od razu wszystko prałam. Ręczniki, pościel, koce, poduszki, ubrania. Dezynfekowałam łazienkę i kuchnię. Wszystko myłam po kilka razy. Miałam wrażenie, że wszędzie jest pełno zarazków. Że łażą po mnie. I że to Jakub jest głównym winowajcą. To on jest nosicielem tych zarazków. Kąpałam się kilka razy dziennie. Co chwila parzyłam rumianek, by płukać gardło. By wypłukać te cholerne mikroby.
Kiedy skóra swędziła mnie nadal, prałam wszystko od nowa. Potem prasowałam dwa razy albo trzy. Potem znowu prałam i prasowałam. Kupowałam maści, by przeprowadzać kuracje moich wyimaginowanych chorób. Różne maści przeciwświądowe. Kurację przeciwświerzbową też zastosowałam, mimo, że moja lekarka rodzinna nie dostrzegała żadnych objawów świerzbu i nie widziała podstaw do takiej kuracji. Ale ja musiałam. Bo ciągle mi to krążyło po głowie.
Nie miałam na skórze żadnych najdrobniejszych wyprysków, żadnych zmian. Tylko ten świąd i myśli, natrętnie skupiające się wokół niego. 
Zrywałam się w środku nocy, by skontrolować stan mojej skóry. czy oby nic się na niej nie pojawiło. I ten lęk. Ten cholerny, ciągły lęk. Na co ja jestem chora? Czym się zaraziłam? co to za bakterie?
I robiłam badania. Wymaz z gardła. Wymaz z języka. Nic nie wyhodowano, więc chodziłam na wymazy do innego laboratorium. Nie ważne ile to wszystko kosztowało. Ja musiałam mieć wyniki. Potem wędrowałam od lekarza do lekarza. Do laryngologa, do dermatologa. do alergologa.
Laryngolog zapisał mi płukankę, na suchość jamy ustnej, która najprawdopodobniej jej następstwem stosowania antydepresantów. Dermatolog stwierdził ogromną przeczulicę skóry. Alergolog porobił mi wszystkie testy uczuleniowe, skórne i z krwi - na nic nie jestem uczulona. Wszystko najprawdopodobniej na tle nerwowym. Cholerna nerwica kiedyś mnie wykończy. Kiedyś nie dam rady dłużej z nią żyć.
Kolejne leki do łykania - hydroksyzyna i clemastin.I nieustanny lęk, że znowu mogę się czymś zarazić. Nie odbieram więc telefonów od Jakuba. Albo odbieram i kłamię , że nie ma mnie w domu, że jestem na wyjeździe, że niestety nie pasuje mi.

   Ale z diagnostyką nie daję za wygraną. Wiem, że takie objawy mogą występować w Zespole Sjogrena. Wymogłam na reumatologu skierowanie do szpitala, by przeprowadzić konkretną diagnostykę w tym kierunku. Stwierdziłam, że w dzisiejszych czasach nie można zostawiać pacjenta w takiej niepewności co do stanu swojego zdrowia. Przyjęto mnie na Oddział Reumatologiczny .Wykonano szereg badan: test łzowy Schirmera - ujemny. USG ślinianek - prawidłowe. USG jamy brzusznej - bez zmian. Przeciwciała profil -nie stwierdzono. Jednym słowem wykluczono istnienie choroby układowej.
Ale ja nie odpuszczam. Jeszcze pojadę do kliniki. Już wyprosiłam skierowanie u innego reumatologa. Nie pokazałam wyników. Niech tam mnie zbadają od nowa. Może dokładniej? Termin już mam wyznaczony, nawet na cito. Więc czekam. No i ten Oddział Leczenia Nerwic.

   I nie spotykam się z Jakubem od pół roku. 
Do dziś wytrzymałam. Ale dziś tęsknota mnie zabija. Tak bardzo chciałabym go zobaczyć. A jeśli nie, to błagam, niech już nic nie czuję. Po prostu pragnę już nie istnieć. Zniknąć.  
Tymczasem gryzę dłonie z bólu, z rozpaczy, z samotności. Boże co ja bym dała, żeby tylko Jakub tu był. Żeby był ze mną. Żeby mnie przytulił. Dzisiaj bym zrobiła wszystko. Tak dzisiaj zrobiłabym dla niego wszystko.
Ilość odsłon: 3158

Komentarze

maj 20, 2018 21:29

Dawidzie, dzięki za czytanie i za komentarz.
Ciszę się, że tekst zaciekawił
a te niuanse zaraz odszukam i poprawię:)

pozdrawiam:)

maj 20, 2018 21:18

Moff, dzięki za zajrzenie i za koment:)
Kurcze, to moja pacjentka widzę może Ci rękę podać
ale ona bardzo się boi karbamazepiny, ze względu na zawroty i bóle głowy
a Twoje dawki w ogóle kolosalne
i taki mix
ale ważne, że dobrze tolerowane:)

pozdrawiam:)

maj 20, 2018 21:09

Bardzo klimatyczny i wciągający tekst. Dobitnie oddałaś atmosferę wewnętrznego rozdarcia. Naprawdę czyta się jednym tchem. Gdybym jednak miał się do czegoś przyczepić to "(...) pielęgniarka, z informacją, że (...) - ten pierwszy przecinek zbędny. Poza tym "W internecie znalazłam numer telefonu" brzmi moim zdaniem lepiej. Jak widzisz są to niuanse, bo tekst jest naprawdę dobry.

Pozdrawiam

maj 20, 2018 20:45

ehhh psychiatryki.... jedno z tych miejsc w których bywałem zbyt często...
Hydroksyzynkę łykam od 6 roku życia na ostre dermatozy do tego methotrexat 25mg w pulsach co tygodniowych a na lęki i urojenia haloperidol, na sen kwetapinę, tisercin i chloroprotixen, do tego 1500 depakine i 400 tegretolu :) normalnie podręcznik małego farmaceuty :)

pozdrawiam :)