Portal Poemax jest prowadzony we współpracy ze stowarzyszeniem Salon Literacki





"My próżni ludzie
My wypchani ludzie
Podpieramy się wzajem”

T.S. Eliot


PRACA

Różnie bywało u mnie z poszukiwaniem pracy po maturze. Po raz pierwszy zgłosiłam się do agencji reklamowej. Tak naprawdę chodziło tam o namawianie ludzi do zakupu różnych przedmiotów. Czysta akwizycja, której nie cierpiałam. Kierownik od razu wysłał nas w teren, ale zanim to zrobił, zobaczyłam w biurze smutną minę sekretarki. Wyraz twarzy zdradzał znudzenie i coś w rodzaju pogardy. Pamiętam, że nieładnie się ubrałam. Żółta bluzka na ramiączka zbyt kontrastowała z czarną spódnicą - która miała głębokie wcięcia po bokach. Może ubranie nie było złe, ale bardziej pasowało na dyskotekę, niż do pracy. Gdy biegałam po ulicach i zaczepiałam ludzi (na tym miała polegać moja praca), powiedziałam kierownikowi, że za taką pracę bardzo dziękuję, nie będę na siłę wlepiać bzdetów. Spojrzał na mnie zdziwiony i powiedział:
- W takim razie proponuję pani stanowisko w biurze, może być pani sekretarką.
Przypomniałam sobie znudzoną minę kobiety, która tam siedziała zrezygnowana i znużona.
- O nie, dziękuję bardzo – powiedziałam szybko. - Nie chcę.
- To może sprzątaczka? 
Zobaczyłam, że w jego oczach czai się pożądanie. "A może chciał ze mnie zrobić kochankę?" - pomyślałam i wzdrygnęłam się. Zmierzył mnie od głowy do stóp, ale ja już myślami spoglądałam nie na niego, a za siebie. Daleko, gdzieś, gdzie chciałam uciec.

Ciotka Basia, gdy już po wszystkim jej opowiedziałam, co i jak z pracą, była oburzona:
- Jak mogłaś odmówić?! - krzyczała.

Dalej szukałam pracy, aż znalazłam ciekawe ogłoszenie - W Markach potrzebowali fakturzystki. Musiałam iść kawałek od przystanku do biura. Miałam na sobie elegancką, białą bluzkę i czarną spódnicę za kolana. Zaczął padać deszcz - na to nie byłam przygotowana. 
Szef miał gdzieś koło pięćdziesiątki, opalony, przystojny. 
Po krótkiej, wstępnej rozmowie i przejrzeniu CV, powiedział: 
- Mogę panią od jutra zatrudnić. 
Moja mokra bluzka kleiła się do ciała,  przez nią prześwitywały z zimna sterczące sutki. Oczy mężczyzny, błyszczące niczym u wilka nocą, wpatrzone były w moje piersi!
- Ty draniu! - pomyślałam. - Ty sutki chcesz zatrudnić, nie mnie!
Przed oczami stanęła koleżanka, która niedawno straciła pracę. Szef wezwał ją do siebie i powiedział: 
- Usiądź mi na kolana, chcę cię pocałować. 
Koleżanka zaprotestowała, a mężczyzna na to: 
- To spierdalaj! 

"Spierdalaj, spierdalaj, spierdalaj"- odbiło się echem, gdy wychodziłam z biura.
Zadzwonił następnego dnia: 
- Jak to? Nie jest pani zainteresowana? - wyczułam zdziwienie. 
- Nie. 
- Wie pani, mam dom w Australii, mógłbym panią urządzić. 


ZAKŁAD ODNOWY 

W wakacje, tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego, znalazłam pracę w Zakładzie Odnowy Biologicznej u ciotki Basi (opalanie, lifting, odchudzanie, ujędrnianie).
Praca nie należała do lekkich, spałam po kilka godzin, pięć może sześć najwyżej. Czyściłam solarium; zawzięcie wcierałam odchudzające kremy w tłuste i szczupłe ciała, potem owijałam to wszystko w folię i podłączałam do specjalnej aparatury. Ujędrniałam piersi, kładąc na nie specjalne – podłączone do prądu– kwadratowe blaszki z gąbką zanurzaną w wodzie. Nie narzekałam, bo można było przyzwoicie zarobić.
Tam poznałam mężczyznę (przychodził na solarium) – znajomego ciotki. Była bardzo zadowolona, że zaczęłam się z nim spotykać. Daniel był człowiekiem zamożnym – zajmował się sprzedażą nieruchomości, oprócz tego posiadał kilka sklepów.
Na trzecim spotkaniu w kawiarni, powiedział:
– Wiesz, wydajesz się być szczerą dziewczyną. Chcę ci coś powiedzieć. Hm... za miesiąc się żenię, ale chciałbym mieć kochankę. Wynająłbym na Grzybowskiej mieszkanie dla ciebie... Co ty na to?
– No... nie wiem – przygryzłam nieco dolną wargę, by zachęcić go do dalszych wywodów.
– Widzisz, moja dziewczyna wybitnie nadaje się na żonę. Jest z wykształcenia pielęgniarką, kocha porządek, ma zamiar otworzyć gabinet kosmetyczny, a ja potrzebuję kochanki, bo jedna kobieta to dla mnie za mało, chyba rozumiesz... Gdy zobaczył, że nic nie mówię, nabrał odwagi i kontynuował.
– A co ty na to, byśmy zrobili to we trójkę: ja, ty i mój znajomy?
I tutaj mnie zaszokował, zamurował – jakby to powiedział Gombrowicz, i nie wiem, co jeszcze.
– Zastanowię się, okej? – odparłam spokojnie, jak tylko potrafiłam. 
W gruncie rzeczy, w środku aż kipiałam, ale nie spuszczałam z niego wzroku, chciałam odegrać do końca dobrze rolę głupiej, naiwnej panienki.
Mieszkałam u ciotki, tej od odnowy i zaraz po powrocie rzekłam wzburzona:
– Ciociu, gdy przestanę tutaj pracować, teraz też, absolutnie nie podawaj mojego numeru telefonu Danielowi, żadnych namiarów! Nie chcę mieć do czynienia z tym człowiekiem! Za miesiąc się żeni.
– Rozumiem – odparła ze smutkiem.

IKEBANY


Piotr był synem Toni. Opiekowałam się nią przez dwa lata - miała Alzheimera. Okrutna choroba dla chorego i bliskich. W okruchach chleba, które rozdrabniała w chudych palcach na mniejsze kawałki, widziała wrogów. Mieszkała w bloku, na siódmym piętrze. Pewnego dnia powiedziała, spoglądając na okno: 
- Widzisz, tam są schody, muszę tamtędy zejść. 
Siłą ją powstrzymałam. 

Po śmierci Toni, Piotr wprowadził się do jej mieszkania.
Tłumaczył, że żona zła, uzależniona od matki, gruba itd., itp., nie ma z nią dobrych relacji. 
- Hitler udowodnił, że każdego można odchudzić - mówił do mnie. 

Tonia była siostrą przyrodnią mojej babci, córką z drugiego małżeństwa mojego pradziadka Stanisława, więc Piotr, jakby nie było, był moim wujkiem.
Dzieliło nas osiemnaście lat.

Piotr kiedyś był prokuratorem, ale szybko zmienił profesję i został radcą prawnym, miał dzięki temu większe zarobki. Pracował w banku.
Mówił do mnie:
- Kupuj literaturę piękną, historia kłamie.

Radca prawny, piękny, przystojny brunet o błękitnych oczach. Podobał mi się z wzajemnością. Tego nie dało się ukryć. Gdyby nie pokrewieństwo, od razu bym się na niego rzuciła.
Robiłam pyszne obiadki, prasowałam koszule, których miał bardzo dużo, sprzątałam. Pasował mi ten układ. Bardzo pasował. Przypominał czasy, kiedy mama wyjeżdżała do sanatorium, a ja przejmowałam rolę gospodyni i opiekunki mojego tatusia. Opiekę nad kimś miałam chyba wypisaną na czole. Naprawdę byłam szczęśliwa. Wieczorami długo rozmawialiśmy. Robiłam przepiękne bukiety w wydrążonych arbuzach, obok na stole płonęły świece. 
Mieszkanie było typowo peerelowskie - z jednego pokoju przechodziło się do drugiego. Korytarz nie był łącznikiem wszystkich pomieszczeń. 
Pewnej nocy wstałam za potrzebą. Otworzyłam drzwi do jego pokoju, by pójść do łazienki. 
- To ty? - spytał, zrywając się nagle z łóżka. 
- Przepraszam, muszę siusiu - odparłam zawstydzona.

Wiedziałam... Czekał na mnie. Długo czekał, ale... minęłam go szybko. 
Następnego dnia, zdenerwowany, oświadczył, że wyprowadza się do żony. 
W gruncie rzeczy cieszyłam się, że nie straciłam cnoty z własnym wujkiem! 
Jednak nigdy więcej nie udało mi się zrobić pięknych bukietów w wydrążonych arbuzach. Nigdy też nie widziałam tak pięknych, niebieskich oczu z wtopionym w nie blaskiem ze świecy.

Po paru tygodniach od nocnej sceny z Piotrem, ciotka Basia powiedziała:
- Szkoda, że nie chciałaś zostać z Piotrem, z nim byś miała dobrze, zaopiekowałby się tobą.
- Znaczy... miałabym zostać jego kochanką, tak? - spytałam.
- Tak.
W ustach poczułam gorycz. Od tamtej pory zaczęłam się brzydzić moją ciotką, wiele jej zawdzięczałam, ale nie rozumiałam ludzi, dla których najważniejsze były pieniądze. Zimny metal do dziś czasem czuję na języku. 

****************************

To powyższe opowiadanie "Moi biali kochankowie" wysłałam kiedyś na pewien portal literacki. Redaktorem prozy był wówczas tajemniczy R1.
Wyróżnił je, ku oburzeniu licznych userów - oponentów, po czym złożył podpis:

R1 w arbuzie. 

Ilość odsłon: 77

Komentarze

Nie znaleziono żadnych komentarzy.