Portal Poemax jest prowadzony we współpracy ze stowarzyszeniem Salon Literacki

Człowieku z karabinem, nie przyszedłem strzelać -
papieros to jedyny, który tu pozwalam
otworzyć sobie ogień, w siebie go wymierzam,
otwieram w tę noc piękną, jak sam zauważasz.

Maleńkie oczko żaru i żagielek dymu
bezszelestnie wypuszczam w tę przeszłość odległą
o lata niepojęte - pomyśl tylko z ilu
tych gwiazd dawno wygasłych posłańcy wciąż biegną.

Żywoty gwiazd są długie, na tle ciemnej ściany
świecą długo po śmierci - hen za siódmą rzeką
człowieka z karabinem napotkał kudłaty,
który z psem tutaj przyszedł w gwiaździstą noc letnią -

tak mógłby brzmieć początek jakiejś bajki o nas,
człowieku z karabinem, który tu przyszedłeś
jak ja na krótką chwilę, znikomą jak kropla
nie prawdziwszą niż bajka. Sowa bezszelestnie

zapowiedziała ciebie, chociaż po niej innych
spodziewałem się istot, pół żartem pół serio,
człowieku z karabinem - ostatecznie wszyscy 
jesteśmy kosmitami, więc jesteś tu ze mną,

a skoro jesteś usiądź, gwiazdy są dla wszystkich,
dla wszystkich rzeka płynie, ile lat nie płyną
w dół rzeki martwe ciała, tylko elektryczny
bezdymny pożar miasta - a mogłyby płynąć

martwe ciała w dół rzeki, a mogłyby dymy
te gwiazdy z firmamentu przepłoszyć spokojne.
Człowieku z karabinem, ogień otworzymy
z mojej paczki za pokój? Nie palisz? To dobrze.

A skoro już przy wojnie jesteśmy - tak musi
w gęstwinie czuć się zwierzę szczute ogarami,
gdy strach je gna na oślep cuchnący i szczurzy,
i huk, po którym mierzwi ziemię racicami,

jak gdyby dalej biegło by dogonić oddech,
kroplę światła uchwycić chociaż jeszcze jedną,
w źrenicę, w której drzewa szumiące, wysokie
i ciemne jak katedry coraz bardziej bledną,

coraz bardziej odległe w żebra bije serce. 
Człowieku z karabinem, wiem, to twoja praca,
lub białego jelenia nie spotkałeś jeszcze,
na przecięciu dwóch światów napięcie się stwarza,

tutejszy rolnik robi o szkody aferę,
to prawda, widać z wału "tajemnicze kręgi"
w jego polu pszenicy złocistym aż nie chce
wzrok się od niej oderwać, kiedy od zieleni

odcina się wyraźnie jej kształt regularny,
prostokątne poletko. Temat na rozprawę -
na przestrzeni, powiedzmy, ostatniej dekady,
w plonach złota i srebra straty wywołane

przez latające spodki. Prosimy nie strzelać
do zielonych ludzików, mogą odpowiedzieć
ogniem z dział laserowych lub świetlnego miecza,
wylądowali tylko żeby się rozejrzeć 

i zaraz stąd odlecą, po chuju decyzja
wywołać wojnę światów, zwłaszcza, że nas dzieli
nie do przebycia przepaść cywilizacyjna.
Człowieku z karabinem, masz rację, zbyt wielki

jest kosmos byśmy sami byli w galaktyce,
a co więcej, ja wierzę, że mogą być tutaj,
choć czemu się uparli by niszczyć pszenicę,
tego nie wiem doprawdy w czym taka szczególna,

może większą uwagę mediów sobą skupia,
niż dajmy na to zwykła, pospolita trawa.
Lecz wróćmy już na Ziemię, czemu lubię tutaj
przychodzić się poszwendać, zgubić-znaleźć w gwiazdach.

Tu nikt o zabijaniu zazwyczaj nie mówi,
człowieku z karabinem, więc lubię tę ciemność,
wykrojone z niej drzewa, opłukany z ludzi
przysłuchuję się skrytym w zaroślach zwierzętom,

a ciemność słuch wyostrza, jak również zmysł szósty -
nie widzę ich, lecz słyszę, każdy krok niespieszny,
gdzieś obok, wśród zarośli, z dala od spraw ludzkich,
gałązka pod racicą łamię się i trzeszczy -

człowieku z karabinem, jaka magia dźwięku
czystego pośród ciszy nieomal kosmicznej,
dźwięk wydestylowany z codziennego zgiełku,
ostrożnie stąpające nieomalże widzę

to ukryte w zaroślach, żerujące zwierzę,
meteory jak jasne, znikające blizny
nade mną znaczą niebo nagłe i bezdźwięczne,
człowieku z karabinem, jaka magia ciszy.

Wśród nocy jesteś tylko sylwetką i głosem,
więc czyżbym w twoim głosie słyszał zniechęcenie,
że nie chce ci się strzelać, że wolałbyś podnieść
oczy w górę, popatrzeć, w tej ciszy posiedzieć?

I zdaje się, że słyszę nutkę alkoholu,
człowieku z karabinem, to przedziwne miejsce,
nie tylko samotności, ale spotkań, rozmów,
dasz wiarę kogo kiedyś spotkałem tu jeszcze,

ja, człowiek z paczką fajek, zapalniczką, piwem
pobrzękującym w torbie, ja, wyprostowany,
o dwóch nogach, dwóch rękach, co ma jedną szyję,
na niej jedyną głowę, troszeczkę pijany

człowiek, który się wybrał by podziwiać zorzę
polarną, ogłoszoną, niemal obiecaną,
bez psa tym razem człowiek, co ma oczu dwoje,
długie włosy i brodę, siwą, naturalną

i kaszkiet dla fasonu na jedynej głowie,
człowieka z aparatem nad rzeką spotkałem
człowieku z karabinem wyobrażasz sobie,
ja, człowiek, który oczy jedynie miał własne,

by zorzy nie zobaczyć niczym Neapolu
i jak widzisz nie umrzeć, spotkać tutaj ciebie,
ja z psem tym razem człowiek, dziś bez alkoholu,
identyfikujący obiekt za obiektem,

ruchomej technosfery sufit orbitalny,
człowieka z ambicjami wszystkie aureole,
krzyżujące się wzajem niebosiężne plany
architektury świata, których my, na dole,

możemy być widzami licząc, że na głowy
nam dzisiaj nic nie spadnie - najjaśniejszy detal,
w samym centrum kopuły, międzynarodowy
projekt badawczy właśnie nieboskłon rozświetla,

na wyciągnięcie ręki, zdaje się soczysty,
oto International Space Station, a w skrócie
ISS nazywana, z ISIS jej nie mylić
i SS bardzo proszę cię człowieku z mózgiem.

Czy masz oryginalną, subiektywną prawdę
w kwestii wody, powietrza, potrzeby żołądka,
na jakiej Ziemi stoisz - jak naleśnik płaskiej,
czy okrągłej jak jabłko, weźmiesz ze mną rozbrat

Człowieku z karabinem, słyszysz trzask gałązki?
Coś dużego w pobliskich zaroślach szeleści
nic sobie z nas nie robiąc, kiedyś dwa jelonki
spod nóg mi tu wybiegły - ich ciemne sylwetki

dudniły głucho biegnąc po rozleglej łące,
noc wtedy była ciepła, księżycowa, mżyła
cała przestrzeń od rtęci... proszę, pozwól odejść
temu czemuś w zaroślach, a niech się pożywia.

O dziku ci opowiem, którego widziałem,
w noc równie księżycową, choć wczesnojesienną,
widziałem go z daleka, kiedy mierzwił trawę,
a księżyc był okrągłą, świątynną rozetą,

człowieku z karabinem, taka cisza chłodna,
a drzewa jak filary ciemne i strzeliste,
ani jednego huku, nikt strzału nie oddał,
a dzik taki maleńki rył pod tym księżycem.

Proste jak objawienie, widzisz - Droga Mleczna,
peryferyjne ramię, w ramieniu ukryta
planeta w ekosferze, kto by się spodziewał,
o tam, racica nocą gałązkę ugina,

człowiek bez karabinu i ty, z karabinem,
siedzimy z tą ruchomą nad łbem technosferą,
to satelity Starlink, jeśli się nie mylę,
jak na nić niewidoczną nanizane biegną,

w równych odstępach, jeden za drugim, następny
dwa meteory niczym igły w stosie igieł
znalezione dwie naraz, błysnęły, przemknęły,
człowieku z karabinem, tam musi ktoś istnieć

o kim my tutaj siedząc niczego nie wiemy,
kto jest tak samo pewny, nic o nas nie wiedząc,
że gdzieś tam istniejemy i jesteśmy pewni
jego istnienia patrząc w tę przestrzeń zbyt wielką

by jego w niej nie było - trochę mniej samotnie,
gdy się o tym przez chwilę choć jedną pomyśli.
My, gatunek odkrywców - myślimy o sobie,
lecz co jeśli już dawno jesteśmy odkryci? -

jak to zwierzę w zaroślach pod lunetą tkwimy,
zbyt zaawansowaną byśmy mogli dostrzec,
człowieku z karabinem, na miejscu w kosmicznym
łańcuchu pokarmowym usiądźmy wygodnie,

posłuchajmy szelestu tego czegoś obok,
księżyc jak tłusty palec w nas wycelowany,
jakby nam przypominał - czeka na was kosmos,
kiedy ty się zaciągniesz do kosmicznej armii?

Pierwsza bitwa w kosmosie widoczna z planety,
człowieku z karabinem, wyobrażasz sobie?
W ciszy próżni kosmicznej specjalne efekty,
rozjaśniają nam twarze kwitnące eksplozje,

my patrzymy w milczeniu i pełni uznania
dla geniuszu człowieka, gdy niczym konfetti
płonących w atmosferze deszcz szczątków opada...
Człowieku z karabinem, już otwórz powieki

i pomyśl, że to wojna o kształt ostateczny
tego na czym siedzimy, gruntu pod stopami
do niedawna wspólnego - dokonać secesji
postanowili wreszcie by zrzucić kajdany

niewolącej ich Ziemi o kształcie kulistym,
po której można z punktu A wyruszyć w podróż
by do punktu A wrócić w sposób oczywisty -
idąc prosto przed siebie po skorupie Globu

niczym mrówka po słoniu, lub mrówka po żółwiu,
na którym Matka Ziemia ponoć leży płaska
jak pizza lub naleśnik, albo zwoje mózgu,
które ktoś wyprostował używając walca -

według secesjonistów, owych płaskoziemców,
rzecz jasna, przebudzonych do wolnego życia,
zęby krat wyrwać murom spisku kuloziemców,
odzyskać Płaską Ziemię, spalić Kopernika,

cel jasno wytyczony, wyobrażasz sobie
człowieku z karabinem - kula to niewola,
kształt płaski znaczy wolność... plują sobie w brodę
ci dowcipnisie, którzy puścili samopas

dowcip o płaskiej Ziemi jak śniegową kulę,
żeby się bezdrożami Internetu toczył,
zgarniając coraz większą płaskoziemców pulę,
czy wyobrażasz sobie powód takiej wojny,

jeżeli nie ostatniej, z pewnością najgłupszej?

Ilość odsłon: 1155

Komentarze

Konto usunięte

2-32-32-32-32-3

sierpień 02, 2025 17:02

No właśnie tu jest już odrobinę za dużo, a puenta jeszcze dalej, ale to twój poemat.

sierpień 02, 2025 16:57

Malino, to nie pisz jak się gubisz.

Konto usunięte

2-32-32-32-32-3

sierpień 02, 2025 16:13

Nie wiem, ale podejrzewam że o to chodzi. Bo łatwo jest się zgubić czasem w natłoku słów i skojarzeń.

Konto usunięte

2-22-22-22-2

sierpień 02, 2025 16:04

to wtedy napisze odpowiednią puentę?

Konto usunięte

2-32-32-32-32-3

sierpień 02, 2025 15:42

"to wszystko wraz ze mną" brzmi bardzo destrukcyjnie, chyba żeby się uczepić lepszego znaczenia i je rozwinąć.. żeby jednak nie kamikaze tu wychwalać, ale ten zupełnie przeciwstawny styl.

Konto usunięte

2-32-32-32-32-3

sierpień 02, 2025 15:10

To zaczekam cierpliwie, bo faktycznie przydałaby się :)

sierpień 02, 2025 15:09

A brzmi ono - "to wszystko wraz ze mną"

sierpień 02, 2025 15:08

Przecież napisałem, że jeszcze nie jest skończone. I skąd myśl, że nie dojdę do puenty? Akurat mam w głowie puentę, czyli ostatnie zdanie, ale to co je poprzedza wymaga rozwinięcia i się rozrasta. Poza tym, czy zawsze musi być puenta? W tekście jest ich nawet kilka, a przesłanie nie traci na braku penty, czyli werbli i tadam na koniec. Ale mam w głowie ostatnie zdanie, miałem je od samego początku.

Konto usunięte

2-32-32-32-32-3

sierpień 02, 2025 15:04

A gdzie puenta?

Konto usunięte

2-22-22-22-2

sierpień 02, 2025 13:26

W sensie, że mógłbyś pisać ten poemat w nieskończoność, a i tak nie dojdziesz do puenty.