Mister D.
ARKA-VEGE NA FALACH POTOPU
I
Plaster brudnego smalcu na jezdniach topnieje,
poczerniały śnieg jeszcze się w strzępach pokłada,
trawniki potwierdzają moją przepowiednię
o tłustej na podeszwach warstwie psiego łajna.
Dym rozpływa się w ustach, kiedy z misją idę
z krótką listą zakupów, przez wilgotny łachman
porzucony po zimie. W zszarzałym błękicie
w rwanej linijce wiersza klucz do odczytania
przepowiedni o dalszym wzroście słupka rtęci,
zmniejszeniu deficytu darmowego światła,
który ma się korzystnie odbić od gałęzi,
nie ma co gęsi kijem jak Wisły zawracać,
która może się zrobić przejściowo wylewna,
można by wywiad rzekę z Wisłą przeprowadzić
na temat tego domu, który wciąż udziela,
po niewłaściwej stronie wału zbudowany
z czerwonego uporu wietrzejącej cegły,
odpowiedzi odmownej, na powracające
żywiołowe pytanie obojętnej rzeki,
gdy skuty lodem język, wsparty wartkim słowem
z odległych szczytów wiosną granice przekracza,
wytyczone przez słowa wzbraniające wstępu
na tereny prywatne, gdy powódź globalna
wkracza do kolejnego prywatnego sklepu.
II
Padł nocny pod naporem kolejnego płaza,
zdążyłem na ostatnią paczkę papierosów,
ekspedientkę i pustkę, która już wyparła
większość towarów z półek, istna pustki powódź,
w której grzęzną powoli oczy właścicielki,
sklepu, w którym jest wszystko - powidła i mydło
obok wędzonej ryby plus dziesięć srok leży
oskubanych w lodówce przyszłość czarnowidząc.
To małżeński interes, bardzo mili ludzie,
do mitycznej epoki ich sklep mnie prowadzi,
gdy zima się skończyła, bryły lodu skute
ludzie zgarniali z drogi, nareszcie na własnym
wychodziły na swoje spod śniegu zdzichexy,
o mięsnych pseudonimach media donosiły,
ich spod lady szemranej na ulicach rzeźni,
której odblask padł również na twarz tej mieściny -
jej uśmiech postawiony pod ścianą uwiecznił
policyjny fotograf, jej oba profile,
szczególnie potylicę dziurawą oświetlił,
w której można zobaczyć cień orła na szczycie
bandyckiego parnasu, skąd rydwany bogów
sunęły ponad miastem, zadzierali głowy
chłopcy w krótkich spodenkach, i laserem z oczu
próbowali dziewczyny w rydwanów dogonić.
III
Cztery kilo ziemniaków. Ledwie się unoszą
nad wodami potopu oczy właścicielki,
już za chwilę w biedronkach, w stokrotkach utoną,
w rechocie żab zielonych do entej potęgi.
Kolejne pokolenie z bocianiego gniazda,
nad domem z tej uparcie wietrzejącej cegły,
przełknąć ich nie podoła. Wieczór już zapada,
łuna na horyzoncie, elektryczny księżyc
wschodzi nad nekropolią, pożera energię,
jego pusty, pyzaty, płaski uśmiech świeci
nieludzko nad schodzącym w ciemność coraz głębiej
miejskim wzgórzem cmentarnym, składa raport gęsi
niezawodna eskadra, że urodzaj dymu
i płomienne widziała na gruzach zaloty
fabryki sierot, która przechodzi do trybu
przyspieszonej produkcji, zachęca by wstąpić
na szeregową ścieżkę przez pusty oczodół
wiodącą do kariery, zwłaszcza, że przybiera
cybernetyczna powódź, a człowiek do wrzodu
podobny coraz bardziej, w podróż się wybiera
turystyczną na Księżyc, w butach z krowiej skóry
zerwanej z Matki Ziemi, jak gęsi donoszą,
bo widziały słup ognia, który przebił chmury,
w ich oczach lśnił odbity księżycową nocą.
IV
Gdzie mój kij nie-wędrowny jestem częścią świata,
tutaj jest moje centrum - na kuchennym stole,
w moim białym kubeczku, jak źrenica czarna,
niewzruszona sadzawka, z niedzielnym spokojem
w biały sufit spogląda ekspresowa kawa,
jak dobrze, że jest sufit, podłoga pod stołem,
tynk nie spada do kawy... coś w drżenie ją wprawia,
niczym czułą membranę, w kręgach niespokojnie
budzi się oczko ciszy utkwione w suficie,
biały okruch w nim pływa, jakby gdzieś daleko
olbrzym stopę postawił i fale sejsmiczne
rozchodzą się po kościach - dwie łyżeczki, mleko,
jak oliwa do ognia, zamieszać i cyklon
oglądany z orbity moje oko wciąga
w ciszę oka cyklonu, spośród wszystkich imion
daję mu imię własne - kawa oswojona,
biały okruch spokojnym oceanem płynie,
ten okruch to jest arka z rymów poskładana,
owocowo warzywna, nadaję jej imię
Arka-vege. Linijka wiersza jak globalna
informacyjna nitka pokazuje drogę,
falując ponad łodzią, już ląd niedaleki
zwiastują jej gołębie, z toni ocalone
jej pieprzyk na policzku, blik w jej oczach ciemnych,
unosi się wraz z mężem na falach potopu,
płynie Arka-Vege -
----------------------------------------------------------------
Gdzie mój kij nie-wędrowny arkę wers za wersem
rymowaną jej składam, wśród owoców świeżych
i warzyw, na tę arkę zapraszam ją z mężem,
jej pieprzyk na policzku, blik w jej oczach ciemnych,
ocalone z potopu - płynie arka vege.
Ilość odsłon: 232





Komentarze
Mister D.
marzec 03, 2026 12:37
Wprowadziłem kilka zmian i dodałem dłuższą czwartą część. Poprzednia wersja czwartej części jest pod przerywaną linią.
Mister D.
marzec 01, 2026 23:27
Rozumiem i pozdrawiam serdecznie.
Flmng
marzec 01, 2026 22:55
Wiersza to tu ni widu ni slychu. Takie gadanie w sumie ch wie o czym. Jakis smalec jakies ziemniaki ani to działa na wyobraźnię ani na emocje. To, że zapiszesz proste myśli w formie strof i wersów wiersza nie czyni.
Przeczytałam, poszłam dalej ani refleksji ani obrazu w głowie.
Mister D.
marzec 01, 2026 22:33
https://www.youtube.com/watch?v=P0v9vd4JEeo